21 lutego 2013

Podsumowanie 1/2013


Czekanie na załadunek
Portugalia. Alferrarede
Kto był zainteresowany ten wie, że ten wyjazd rozpoczął się nie typowo. Zamiast wsiąść do Kurwidołka wsiadłem do taxówki, a następnie pofrunąłem w przestworza, aby odebrać mojego bolida od lekarza. Po kilkunastu godzinach jazdy taxówkami i latania samolotami dotarłem do serwisu Fiata w Cáceres. Niestety, trafiłem na sjestę i 1,5h musiałem kwitnąć pod drzwiami. Ale co mnie nie zabije to mnie wzmocni, jakoś to przeżyłem i samochód odebrałem już bez problemu. Stamtąd pojechałem pod Macka i tam na parkingu spędziłem 3 dni w oczekiwaniu na jakiś kurs. Ten się trafił dopiero w sobotę, w Portugalskim Alferrarede, gdzie po kilku godzinach czekania załadowali mnie do Bosh'a w Mirkowie koło Wrocławia. Czekanie na załadunek nie było jakoś męczące i uciążliwe biorąc pod uwagę, że Portugalska zima w tym dniu była bardzo piękna. Kilkanaście °C, słońce przebijające się przez chmury i generalnie zieleń, której brakuje w tym czasie w naszej strefie klimatycznej łagodziły zdenerwowanie przedłużającym się czasem do załadunku. Koniec końców załadowali mnie i pognałem do Polski.

Hiszpania. N-521
Powiem tylko, że nie jest zbyt miłe i przyjemne przemieszczanie się z ciepłego kraju do zimnego. W drugą stronę to nawet jest fajne, ale przemieścić się z ciepełka do totalnego zimna nie jest chyba przyjemne dla nikogo. Z Mirkowa pojechałem do Jeleniej Góry załadować się na GB do Solihull, gdzie też była akcja "towar nie jest gotowy, musisz czekać" a później jazda przez zaśnieżone polskie landówki aż do A4. Z Anglii podjechałem na Walię aby w Gellihaf załadować się na Drezno a w Pucklechurch doładowali mi ładunek do Świdnika :) Kocham powroty do kraju, nawet jeśli są po kilku dniach jazdy za granicą. Jazda po PL ma swoją specyfikę, która ciągle mnie intryguje... do której cały czas mnie ciągnie, w dalszym ciągu są rejony naszego pięknego kraju, w których jeszcze nie byłem, a bardzo bym chciał je zwiedzić, zobaczyć...
Po rozładunku w Świdniku dostałem info, że następnego dnia mam mieć jakiś ładunek w cztery miejsca na Węgrzech. Sprawa wyglądała w ten sposób, że ktoś zebrał cztery ładunki w Polsce i w Radomiu miał być przeładunek. Szkoda tylko, że zamiast o 10 rano jak to było zaplanowane samochód przyjechał o 2 w nocy, 16h później. Niektórzy, nie związani z transportem może wiedzą, a jak nie wiedzą to powinni się dowiedzieć, że jest to zawód w którym niewiele wychodzi z planowania. Rzadko kiedy zdarza się, aby wszystko szło pięknie tak jak sobie zaplanujemy, jest za dużo zmiennych które nie zależą od kierowcy. Pół biedy, że chłopaki w liczbie 3 sami zajęli się przeładunkiem i bardzo dobrze, bo było -kilkanaście °C, mi pozostało tylko pozapinać plandekę i ruszać powoli.

Polska. DK 7, E 77
Daleko nie ujechałem, bo po prostu poszedłem spać, była to niedziela więc stwierdziłem, że mogę sobie spokojnie pozwolić na odpoczynek, a rano ruszyć dalej do "Madziarów". W poniedziałek rozładowałem wszystko nie bez problemów, niestety całkowity brak znajomości języka węgierskiego trochę utrudniał mi szybkie zrzucenie towaru, ale ja bym nie dał rady? ;) :D Następnego dnia załadunek do Hiszpanii, dokładnie do Almussafes, pod Vallencią :) Nie muszę pisać jak działają na mnie infosy, z których dowiaduje się, że jadę do Hiszpanii :) Załadunek odbył się sprawnie i tuż nad ranem wyruszyłem w długą podróż. Wszystko byłoby super, gdyby nie wichury, które w tym czasie panoszyły się nad Hiszpanią. Kurwidołkiem rzucało po drodze, ale daliśmy radę pomimo kilku sytuacji kiedy myślałem, że będziemy leżeć na boku, udało się. Niestety, kilku ciężarówkom ta sztuka się nie udała i musiały uznać wyższość siły wiatru kładąc się boku. Dziwne, że ciężarówka, która leży na boku jest już bezpieczna, żaden europejski wiatr  jej nie ruszy. Żarty żartami, ale naprawdę poważnie to wyglądało i nie będę ukrywał, były momenty kiedy myślałem że to już koniec... Na miejscu okazało się, że również z Węgier, ale z innego miejsca przyjechał Robert - drajwer z firmy, w której jeżdżę. Wspólna kawa, ploty itp. i dalej trzeba zapieprzać.

Francja. A 63, E 5, E 70
Załadunek w Ibi do Hannoveru popsuł mi humor no ale jak się chce mieć kasiorkę to trzeba śmigać. Przede mną znowu utarczki z wiatrem, ale i tym razem dałem radę, dojechałem do hitlerowa, rozładowałem się i spędziłem weekend na Shellu przy A2. Wydaje mi się, że około 80% wszystkich samochodów, którym tam przyszło spędzać weekend pochodziły z PL więc jakoś ten czas szybko zleciał ;) W poniedziałek, 2013.01.28 załadowałem się w Goslar do Gorzowa Wielkopolskiego :) Znowu Polska i znowu uśmiech na twarzy, który szybko się zmazał, kiedy dowiedziałem się, że z Gorzowa wracam do Goslar. Czekała mnie jazda na kółku. Generalnie mogę robić kółka, wszędzie ale nie po D. Nie wiem za jakie grzechy dostałem taką karę, Majki jest świadomy że choruję na samą myśl przejazdu przez D, a tu taki zonk z jego strony :/ ale przecież nie powiem mu (póki co), że nie pojadę. Grzecznie podjechałem na załadunek, kolejny raz wysłuchałem, że w Niemczech rozmawia się po niemiecku tyle tylko, że pierwszy raz usłyszałem to od Helgi... Nóż w kieszeni się otworzył i tyle :/ Jako, że załadunek był po południu, do Polski wjechałem już po zmroku, a na miejsce dojechałem... bez tylnego oświetlenia. Na firmie zrzuciłem towar i załadowali mi na powrót puste boxy co w efekcie okazało się niezbyt przemyślanym posunięciem. Nie wiem czy Majki mówił mi prawdę, że nie ma innego samochodu czy po prostu nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, że jazda po Niemczech bez oświetlenia, w razie ewentualnej kontroli grozi ciężkim więzieniem, a na sam koniec ścianą śmierci. Na nieszczęście dodatkowo padła jedna z żarówek z przodu i stwierdziłem, że nie pojadę dalej. Nie, bo nie i chuj. Nie mam zamiaru zrobić sobie lub komuś krzywdy. Zjechałem na stacje i poszedłem spać wcześniej uświadamiając Bossa jak się sprawy mają, że ruszę rano jak będzie na tyle jasno, że będzie możliwa jazda, a ten chcąc nie chcąc musiał się na to zgodzić :D Do granicy PL/D miałem 30 km więc rano jak tylko zrobiło się widno ruszyłem przed siebie, a od granicy śmignąłem już bez świateł. W Niemczech nie ma całodobowego nakazu jazdy na światłach więc mogłem sobie na to pozwolić, skoro sami Niemcy tak jeżdżą to dlaczego ja nie mogę ;) Po rozładunku w Goslar zadzwoniłem do assistance i czekałem na lawetę. Na nic zdało się tłumaczenie, że samochód jest na chodzie, miałem czekać na lawetę i koniec dyskusji. Kierowca lawety był trochę mądrzejszy aczkolwiek znał tylko jeden język, ojczysty więc pojechałem za nim do serwisu który był oddalony około 2-3 km od miejsca gdzie stałem. Dobrze, że ten kierowca nie zostawił mnie pod tym serwisem bo okazało się, że obsługa również zna tylko jeden język... Oczywiście jak to Niemcy, wykazali się pełnym zapałem, aby usterkę usunąć od razu. Ja stałem z boku i marzłem niemiłosiernie, ale przynajmniej miałem ubaw kiedy biegali z miernikiem, podpinali komputer czy nawet sprawdzali czy akumulator nie jest zbyt luźny :) Po 2 godzinach stwierdzili, że samochód musi zostać u nich przynajmniej 2-3 dni a ja zamówiłem sobie pobyt w hotelu poprzez assistance :) Po 3 dniach odebrałem Fiacika, światła wszystkie działały dzięki nowej manetce od świateł. Przynajmniej tak się wydawało mądrym gebelsom. Tak im się tylko wydawało, bo na drugi dzień światła znowu zgasły :) Zapalały się na 2-3 sekundy i gasły więc usterka dalej nie była usunięta. Dobrze, że miałem wolny weekend i pogoda dopisała bo sam zabawiłem się w serwisanta i dałem radę, w sumie połowicznie, ale doszedłem do tego, że jest zwarcie które powoduje podświetlenie tablicy rejestracyjnej. Wyciągnąłem żarówki i wszystko było ok :) :D ...przez tydzień. Po tygodniu znowu wszystko z tyłu zgasło. Miałem tylko kierunki, stopy, przeciwmgielne i wsteczne. Nic więcej. Nie miało też kiedy zgasnąć, jak by nie mogło się zepsuć 200km dalej już we Francji. Nie, złośliwość tego samochodu przekracza granice i nawet zacząłem się zastanawiać czy on tego nie robi celowo, żeby bardziej mnie... zdenerwować. Jechałem załadowany do Blagnac we Francji, byłem na A8 a przede mną jeszcze do śmigniecia A5, aż nagle zgasły obrysówki, które dość mocno świecą mi w lusterkach. Zjechałem na dzikusa i myślę co tu zrobić, Majki mi pisze że nie ma innego samochodu (znowu), a towar jest na już. Stwierdziłem …kij, za ewentualne mandaty on zapłaci. Udało mi się włączyć na stałe obrysówki i pognałem przed siebie, aby tylko jak najszybciej wyjechać z kraju wroga. Udało się, kolejny raz udało się przejechać przez Niemcy, w stresie, ale się udało.

Zima w europie
Francja. D 994

Niestety nie był to koniec problemów. Już we Francji poszedłem się zdrzemnąć, a kiedy się obudziłem przede mną było biało. Zima zimą, w sumie cały dzień lekko prószył śnieg, ale to co się działo w tej chwili to była tragedia. Śnieżne oberwanie chmury można powiedzieć. W takich warunkach przyszło mi jechać, szybki sms do szefa o warunkach na drodze i jazda. Na miejsce, do Airbus'a w Blagnac przyjechałem 7 godzin po czasie. Rewelacja, ale nie, żebym się tym przejął, byłem już tak zły na samochód, na Majkiego i takie inne, że nawet się tym nie zmartwiłem. Ani mnie to grzało, ani ziębiło, że ktoś tyle czasu czekał na towar... Stwierdziłem, że nawet palcem nie ruszę przy tych światłach, nie interesuje mnie czy ten samochód dojedzie do Polski czy nie, zawsze pozostawała opcja samolotu... Weekend spędziłem bezstresowo pod McDonaldem i we wtorek ruszyłem do Villemur-sur-Tarn gdzie miałem być ładowany do Hamburga. Jakby nie patrzeć Hamburg nie leży w Polsce a ja już 5 tydzień w trasie byłem więc moje wqrwienie sięgało zenitu, ale zawsze to bliżej domu. W Hamburgu postałem 2 dni w oczekiwaniu na cokolwiek do Polski i się nie doczekałem. Majki wtedy okazał chyba, po raz pierwszy, ludzkie serce i pozwolił zjechać na pusto do domu ale... ja dalej nie miałem świateł z tyłu!!! Długo myślałem czy czekać do rana czy robić przypał i bić na Szczecin ;) Zrobiłem przypał i dojechałem, ale mogę mówić o wielkim szczęściu. Na zjeździe z A20 na A11 stał patrol Polizei i nie wiem czy było im za zimno, czy stali tam tylko, żeby sobie postać, czy może nie zauważyli, że nie mam świateł, ale nie rzucili się za mną jak głodne psy. Przez kilka następnych kilometrów więcej patrzyłem w lusterka, niż przed siebie. Nie wiem właściwie po co, bo jakby za mną ruszyli, to i tak byłoby  pozamiatane.
Reasumując, wyjazd trwał 5,5 tygodnia, zrobiłem 21.252km co jak na tak długi okres czasu jest marnym wynikiem. Na tym zakończę tego posta, bo bardzo się powstrzymuję, żeby nie napisać więcej obraźliwych rzeczy. Pozdrawiam :)

Kilka zdjęć na osłodę życia w zimowe wieczory...















Hiszpania. A-7, CV-40

Hiszpania. A-7. Agullent
Hiszpania. A-7, CV-40. Canals

Hiszpania. A-7. Beneixida
Hiszpania. A-7. Castello de la Plana


Francja. A 75
Francja. A 75

Francja. A 75
Francja. Millau


Francja. Seilh
Polska. DK 7, E 77

Polska. DK 7, E 77
Polska. DK 7, E 77


Polska. Kraków
Polska. DK 7, E 77

Polska. DK 7, E 77





6 komentarzy:

  1. Marek . Ale przyznaj ,że choć minimalnie po napisaniu tego posta żyłka Ci zmalała .
    Ja jestem spokojny ,dużo zniosę ,ale twoja osoba "number one"- szacun.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja generalnie krótko się denerwuję ale za to konkretnie ;)

      Usuń
  2. Relacja jak zawsze ciekawa :-) Trochę cię podenerwowało, ale co cię nie zabije to cię wzmocni ;-)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam Cie Marku
    Mam na imie Łukasz, za niedługo bede kierowco busa po uni, bys mogł napisac jakiegos posta dotyczacego opłat za drogi ktore przejezdzasz i ustalanie trasy jaka bedziesz jechał

    z gory dziekuje

    OdpowiedzUsuń
  4. Super blog! Mieszkam daaaleko od Polski i aż mi się łezka w oku zakręciła na widok zaśnieżonego Wzgórza Wawelskiego:) Pozdrawiam!

    PS. Jak chcesz to zajrzyj do mnie: http://skosnymokiem.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń