28 maja 2012

Podsumowanie 2/2012


Krótkie podsumowanie mojego ostatniego wypadu w Europę.

Podróż rozpocząłem od załadunku w Słupsku, ciężkie, samochodowe zbiorniki na gaz do Livorno we Włoszech. W trakcie drogi okazało się, że rozładunek przypada na jakieś makaroniarskie święto narodowe, czego oczywiście spedycja nie uwzględniła. Po takiej informacji Majki stwierdził, że zaoszczędzimy, bo docelowy termin się przesunął i Włochy zrobię landówkami, co już niezbyt mi się spodobało, bo jeśli ktoś zjeżdżał kiedykolwiek z autostrady we Włoszech wie o co chodzi. Specyficzny sposób jazdy tubylców i kręte górskie drogi o nie najlepszej nawierzchni sprawiły, że drogę z Insbrucku w Austrii do Livorno robiłem caluteńki dzień.
Do Livorno dojechałem około 21.00, wtedy okazało się, że ktoś, gdzieś na dokumentach przewozowych zrobił literówki w adresie. To, że coś jest nie tak z tym adresem podejrzewałem już w Słupsku, przy załadunku, podczas wbijania adresu w nawigację, ale na firmie powiedzieli, że nie raz już tam wysyłali towar i adres się zgadzał. Nawi cały czas pokazywała ulicę o bardzo podobnej nazwie do tej z dokumentów, zamienione miejscami były tylko dwie litery. Trochę skołowany stwierdziłem, że gdzieś po drodze wujek Google da mi namiar na firmę i wszystko będzie OK. Dotarłem na ulicę z nawigacji i zastałem… zamkniętą bramę. Byłem za bardzo zmęczony na zabawy w detektywa, postanowiłem wycofać się na mijaną wcześniej stację, zdrzemnąć się, a rano poszukać adresata mojego ładunku. Za jakiś czas na stację dojechał także drugi samochód, z którym ładowałem się w Słupsku i po krótkiej naradzie poszliśmy spać. Rano, na pewniaka podjechaliśmy pod bramę i okazało to, że jest tam kilka firm wśród których znajduje się też ta do której przyjechaliśmy.

Kolejny kurs: Marano (I) – Stuttgart (D). Informacja, że Niemcy czekają na towar znaczyło, że trzeba się spieszyć… Ale, jak się okazało po przyjeździe na miejsce, wcale nie trzeba było… przyjechałem w nocy pod zamkniętą firmę. Spedycja dała dupy, zresztą nie pierwszy raz w trakcie tego wyjazdu, każą się spieszyć, naciskają na „przerzut” towaru bez przerw (bez snu i odpoczynku), a po przyjeździe zonk… trzeba czekać na otwarcie. Sposób pracy i działania spedycji to temat na absolutnie inny post, niezbyt przyjemny i prawdopodobnie ociekający w wulgaryzmy. Kiedyś powstanie… na pewno powstanie.
Po południu załadunek ponownie do Włoch. 5 palet w dwa różne miejsca oddalone od siebie o około 40km. Sant’Omero i Basciano. Fakt, wiedziałem, że długi weekend wypada w terminie rozładunku, domyślałem się od początku, ale oczywiście w obydwu miejscach mieli czekać pracownicy, którzy zarwą swój wolny czas i przyjdą do pracy rozładować jednego małego biednego busika. K...wa w jakim świecie żyją spedytorzy?? Taka sytuacja mogłaby mieć miejsce pewnie gdzieś w Japonii, ale na pewno nie w Europie, a już na pewno nie na jej leniwym południu!!! Koniec końców, majówkę spędziłem we Włoszech nagrywając m.in. jaszczurki, które biegały koło samochodu. Muszę też wspomnieć, że w trakcie drogi spotkałem Krzyśka, KD truck, o czym nie omieszkaliśmy już poinformować. Spotkanie krótkie, ale konkretne. Jeszcze raz dzięki Krzychu, że mogłem towarzyszyć Ci podczas pauzy.
Kolejny załadunek w Monte San Vito (I) i jazda do Lipska(D), tu też firma miała być czynna 24h, ale pominę to milczeniem. W trakcie rozładunku dostałem info, że mam załadunek w Heinsdorferground (D) do Creutzwald we Francji. Początkowo ucieszyłem się, że może w końcu wyrwę się z tej jazdy po Niemczech, ale szybkie looknięcie w nawi i już nadzieja uciekła w siną dal. Jakaś wioska tuż przy granicy F/D. Po prostu super. W tym przypadku wszystko poszło jak należy. Po rozładunku mały odpoczynek i zwiedzanie pobliskiego lasu. Daleko nie zaszedłem, bo już przyszła nie przyjemna informacja… załadunek w Kirchheimbolanden (sic! kto im wymyśla takie nazwy miast?) do Austrii.
3 palety czegoś drewnianego, ciężkie jak cholera i waga na styk, może nawet lekko ponad normę. Efekt był taki, że całą Austrię przejechałem landem, czego generalnie nie żałuję. Zawsze ten kraj przelatywałem tranzytem autostradami, a teraz trafił się pierwszy mój cel w Austrii i to landami. Widoki Alp zapierają dech w piersiach, kręte i strome drogi wyciskają siódme poty z samochodu i nie rzadko powodują pojawienie się kropel potu na czole kierowcy. W tym przypadku był to pilny ładunek, na wczoraj. Ktoś będzie czekał nawet w nocy żeby to zrzucić… Oczywiście ktoś czekał… jak poprzednio. WRRRRRRRR… Noc spędziłem po firmą, co by się bardziej nie denerwować. Szkoda to komentować i więcej się rozpisywać. Weekend spędziłem w Feldbach. Nie było źle, ale dowiedziałem się, że w Austrii nie ma Wi-Fi w McDonaldsach, więc weekend spędziłem tylko w towarzystwie dwóch Rumunów i Ukraińca, zamiast mnóstwa znajomych z sieci . Towarzystwo prześwietne…

7 maja przeniosłem się do Waindhafen (A) po to, aby następnego dnia rano załadować 3 wielkie beczki na wino. Nie były jakoś bardzo ciężkie, ale ich wysokość powodowała dziwne uczucie zbyt dużego przechyłu na zakrętach. Miejscem docelowym okazał się prywatny dom w centrum Beblenheim (F) z winiarnią i knajpką, w której można było raczyć się francuskim winem. Rozładunek przebiegł szybko i sprawnie. W trakcie śniadanka sms, że mam się przenieść do Turbenthal w Szwajcarii. Myślę sobie, super, pięknie. Tam jeszcze nie byłem, kolejny kraj zaliczę. Będzie pięknie. Było pięknie tylko, nikt mi nie powiedział, że w Niemczech nie kupię winiety na kartę DKV. W skrócie, na granicy w Basel szwajcarzy kazali zawrócić i nie pokazywać się bez winiety jeśli chcę jechać autostradą, więc teraz trzeba było zrobić przelew i kupić tą winietę, na stacji mieli tylko 12 miesięczne (nie wiem czy są w ogóle inne). Po załatwieniu wszystkich formalności udałem się z powrotem na granicę, i tu moje zdziwienie. Wystarczył tylko dowód i śmigaj pan dalej. Żadnego pytania czy mam coś na sobie czy nie, po co i gdzie jadę itp. Jeśli chodzi o widoki zza szyby to Szwajcaria niczym nie różni się od południowych Niemiec czy Austrii, nawet język jest niestety ten sam. Kolejny kraj zaliczony :)
Załadunek przebiegł szybko i sprawnie, tylko, że przy zamkniętym już biurze, a magazynier nie bardzo wiedział co ma zrobić ze wszystkimi dokumentami celnymi. Na szczęście kilka razy ładowałem się w Algeciras (E), gdzie towar przypływa z Maroko więc jakoś udało nam się pokonać te biurokratyczne przeszkody. Towar to dwa dość duże kartony o łącznej wadze 23kg, miały dotrzeć do Hiszpanii, dokładnie do… No właśnie, nie bardzo wiadomo było dokąd, bo na CMR był inny adres niż na delivery a ja w smsie miałem jeszcze inny adres. Po krótkiej naradzie z Majkim uznaliśmy, że jadę do Formentera Del Segura gdzie ktoś to odbierze. Niech nikt nie pyta ile kosztuje 1 min połączenia ze Szwajcarii, po prostu tragedia. Po 2 minutach rozmowy trzeba było doładowywać telefon.
Gdy dostaję informację, że jadę do Hiszpanii wszystko schodzi na dalszy plan, cło na granicy, przejazd przez Niemcy i jeszcze inne bardziej przyziemne problemy nie są wtedy ważne. Ważne jest tylko to, że przede mną Hiszpania, moja miłość. (Na zdjęciu po prawej jeszcze Francja, A75)
Piękny kraj, z którego mógłbym się nie ruszać, mógłbym tam śmigać cały czas i po miesiącu zjeżdżać do domu. Luz, z jakim Hiszpanie podchodzą do życia jest imponujący, nigdzie im się nie śpieszy, są bardzo mili i pomocni. Zawsze pomogą, wytłumaczą, nawet na migi, w taki sposób, że nawet debil zrozumie, co akurat chcą nam powiedzieć. Wracając do drogi, granicę przekroczyłem w La Jonquera i przez Barcę pognałem dalej na południe w kierunku Valencii. Zrobiło się ciemno i zostałem prawie sam na drodze, to jest to coś co po prostu kocham w Hiszpanii. Żywej duszy, cała autostrada dla mnie.
Na miejsce dojechałem około północy i ku mojemu zdziwieniu (choć w tej trasie już nie powinienem się dziwić, gdy namiar nie pasuje…) nic tam nie było. Nic co mogłoby mieć dany adres, ani biura, ani firmy, ani nawet prywatnego mieszkania, tylko hale, typowa strefa przemysłowa. Z dobrą godzinę trwało namierzanie prawidłowego adresu przez kogoś w kraju, potem padło info, że mam jechać do Guardamar Del Segura, kilkanaście kilometrów dalej, nad samym morzem. Miał tam być ktoś, kto weźmie w końcu ode mnie te kartony (które zabiły Hankę). Na miejscu, tuż przy plaży znalazłem wielki apartamentowiec i kolesia wyglądającego z okna, który na mnie czekał. Zmęczony tym szukaniem, zacząłem rozglądać się za noclegiem, niestety, wszystkie miejscowe okoliczne stacje okazały się za małe, bez miejsc parkingowych i dopiero po godzinie znalazłem Cepsę, moją bazę na weekend, niestety bez neta. W hiszpańskim słońcu te trzy dni wolnego minęły jak z bicza trzasnął. Niby nudy, bo nie było zbytnio gdzie chodzić, ale jak się chce to nawet plantacje cytryn i pomarańczy są super miejscem na spacery. Właśnie zajadam ostatnie, zdobyczne sztuki tych cytrusów ;)
W poniedziałek miałem podjazd około 200km do Valencii, do firmy Norbert Dentressangle po 2 palety na Belgię, z Belgii kursik do Włoch i gdy myślałem, że piątek, sobotę i niedzielę spędzę znowu przy pięknej pogodzie południowej Europy, przyszedł „rozkaz” o ładunku do Wrocławia. Po takiej informacji dostałem zastrzyk energii i uśmiech nie schodził z twarzy do momentu załadunku. Na miejscu okazało się, że w całą akcję zamieszanych będzie 5 busów i każdy będzie przeładowany. Ładunek 1498kg to już jest „gabaryt” na busa. Każdy miał po 4 palety jakichś części kuchenek Mastercook i każdy pojechał inną trasą. Chardkorowiec pojechał nawet przez Słowenię, ja natomiast bezczelnie pociągnąłem na Brennero, Insbruck i Zgorzelec. Kolejny raz, więcej szczęścia niż rozumu, bo problemy przy ważeniu są podobno nieopłacalne, ale… raz się żyje, a i tak wtedy nie zapłacę ze swojej kasy. Pomimo różnych dróg, które wybraliśmy, wszyscy przyjechaliśmy niemal jednocześnie, ja pomimo, że spałem tylko 1,5h byłem drugi z 3min stratą do pierwszego, który jechał przez Węgry :D




Reasumując. Wyjazd ten nie był najlepszy i najciekawszy. Więcej miałem nerwów, stresu niż czystej przyjemności z samej jazdy, ale nikt nie mówi, że zawsze jest łatwo. Z zastępczakiem, którym teraz jeżdżę, niezbyt się zgraliśmy nie mówiąc o dogadaniu. Po prostu tolerujemy się i nic więcej. Każde wie, że w pewnym momencie nasze drogi się rozejdą. Niby nie jest taki tragiczny ten Ducato jak początkowo to opisywałem, człowiek to taka bestia która do wszystkiego potrafi się przyzwyczaić i dostosować. Póki co z plusów mogę wymienić pneumatyczne siedzenie kierowcy i regulowaną kierownicę, więcej nie dostrzegam. Co do samej trasy, to pierwszy raz w mojej karierze zdarzyło się, żebym nie wjechał na wyspy. Pierwszy raz też zrobiłem więcej kilometrów w Niemczech niż gdziekolwiek indziej. Każdy kto trochę już mnie zna wie jak bardzo choruję na samą myśl jazdy tłocznymi niemieckimi drogami. I nigdy, w trakcie jednego wyjazdu nie przejechałem tak mało km i nie robiłem tak dużo, tak krótkich tras.

Pozdrawiam wszystkich i do spotkania na szlaku.


Więcej zdjęć znajduje się na:
facebook.com/szwagier106

10 komentarzy:

  1. Świetny opis trasy Szwagier, naprawde fajnie sie czyta... .Szerokości i powodzenia na szlaku. Pozdrawiam Dominik

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne Trasy Szwagier :) nom i tak trzymać :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Elegancki opis Szwagier :) Ale i tak traska chyba był fajna bo widoczki Alp i Hiszpanii zapierają dech w piersiach :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. To co nic dodac nic ująć ;)) Tylko szerokiej drogi i oby tak dalej tylko więcej szczęścia z ładunkami ;)))

    OdpowiedzUsuń
  5. To ile tygodni zazwyczaj kręcisz się po unii?
    A co do winietki na CH, to można kupić na samym przejściu, przynajmniej lecąc na Wels am Rhein :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Około 4 tygodni w trasie i tydzień wolnego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szwagier, może Ty się orientujesz.. Gdzie najlepiej szukać roboty na busy? bez doświadczenia w międzynarodówce a na w miarę przyzwoitych warunkach? na terenie woj. Śląskiego (wiem, że bezpośrednio i trochę nie wypada się tak pytać ale cholernie nie mogę wejść w branże, nie mam rodziny kierowców ani nic w ten deseń)

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak sądziłem, że mnie zlejesz pałą, nie myliłem się, nie chciałem abyś mi załatwił prace a jedynie powiedział czy wiesz gdzie są przyjęcia a nie okradają ludzi.. Dzięki za pomoc ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie kolego DZe, nie zlałem Cię, tylko chciałbym żebyś zrozumiał, że dopiero teraz po 2 miesiącach jazdy jestem w domu. Będąc w trasie, nie mam możliwości sprawdzenia wszystkich postów, pytań itp. większość niestety umyka mi kiedy mam chwilę wolnego i akurat mam dostęp do friko-netu i jakoś nikt nie płacze, że go "zlałem".
      Odpowiadając na Twoje pytanie. Nie wiem gdzie nie okradają ludzi, podobno wszędzie. Generalnie każda firma "busiarska" przyjmuje kierowców. Zasada jest taka, gdzie są częste przyjęcia tam na pewno nie jest najlepiej, nooo chyba że firma się rozrasta, to co innego. Ja osobiście nie wybierałbym sie do firmy w której jest kilkadziesiąt busów bo wtedy jestem tylko numerem rejestracyjnym na monitorze komputera. Mam nadzieję, że taka odp. Cię satysfakcjonuje i jeżeli poczułeś się "zlany" tak długim oczekiwaniem, to przepraszam. Jestem tylko człowiekiem...

      Usuń
    2. Wybacz Szwagier moją opryskliwość ale po 4 miesiącach poszukiwania pracy jako kierowca busa starałem się jak mogłem nikogo nie prosić o pomoc ale mijają miesiące a ja nadal jestem bez pracy, wolałem zapytać człowieka z branży i gdy zobaczyłem, że po moim komentarzu dodałeś post nie udzielając mi odpowiedzi poczułem, że ją przeczytałeś aczkolwiek nie odpowiedziałeś bo nie trzeba sobie mną zawracać głowy, profesjonalista nie daje ponieść się emocjom ale cholernie ciężki okres nastał w moim życiu, dzięki za rzeczową odpowiedź i przepraszam jeszcze raz... obiecuję poprawę i proszę o pokutę ;)

      Usuń