17 kwietnia 2012

Mój pierwszy (nie przyjemny) raz

Końcem lutego jechałem sobie niemiecką A11. Autostrada jak to autostrada, tym bardziej niemiecka, gdzieś pomiędzy Szczecinem a Berlinem nie oferuje zbyt ciekawych widoków za oknem, tym bardziej zimą. Mając dość duży zapas czasu jechałem sobie zestresowany za kilkoma ciężarówkami z PL i D.

Nie wiem jak to jest i dlaczego ale nie ma w Europie drugiego takiego kraju gdzie po przekroczeniu granicy poziom stresu, adrenaliny i niewiadomo jeszcze czego podskakuje do górnych granic, nie jednokrotnie przekraczając normy ustalone przez naturę. Szkoda tylko, że państwo Niemieckie nie leży gdzieś na wschód od PL ewentualnie nie jest wciśnięte w granice Portugalii. Wtedy jazda była by miła i przyjemna na wszystkich szlakach którymi uczęszczam. Odwiedzałbym niemiaszków może jeden, dwa razy na pół roku. Niestety, mamy takiego sąsiada i trzeba jakoś z tym żyć, trzeba uznać, że stres który ogarnia większość driwerów jeżdżących po D jest wpisany w ten "styl życia".

No więc ślimaczyłem się tak spokojnie pokonując kolejne kilometry niemieckiej ziemii aż wyczulone wtedy na kolor zielony oko wyświetliło w mózgu sylwetkę zielonego radiowozu. Pierwsza myśl była taka, że to tylko Polizei, chłodno jest i pewnie nie będzie chciało im się ruszać z miejsca a jeśli już to pewnie zatrzymaliby któryś z zestawów jadących przede mną  Płonne były moje nadzieje, chwię po ich minięciu zobaczyłem w lusterku jak zawzięcie zbliżają się w moim kierunku. Poczułem się jak zwierzyna łowna ale jeszcze miałem nadzieję, że pojadą dalej przed siebie... Bańka pękła szybciuteńko, wcisnęli się przedemnie (generalnie stwarzając zagrożenie) i upolowali. Opadałem na ziemię z ogromną prędkością w momencie kiedy wyświetlił się napis "Bitte folgen, Follow me"... Wiele słyszałem o ich kontrolach ale jakoś do tej pory miałem to szczęście że mnie omijały. Do czasu, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Jechaliśmy tak kilka kilometrów do pierwszego parkingu na którym rozpoczęła się moja pierwsza niemiecka kontrola policyjna. Pierw sprawdzili stan ładunku, stan samochodu i już myślałem, że nie będą TEGO chcieli, że nie zapytają o TO, ale zapytali ;( Kiedy w potoku całkowicie niezrozumiałych słów usłyszałem to jedno słowo - "TACHO", wiedziałem już, że za pięknie by to wyglądało, że prędko z tąd nie wyjadę. Do tej pory pamiętam ich miny kiedy im powiedziałem, że nie mam. Prosto z mostu walę im w pysk, że nie mam TACHO, no i oczywiście przykleili się o jego brak bo samochód z 2010 powinien takowy posiadać. Tłumaczyłem im w międzynarodowym języku który podobno każdy na zachodzie zna, że w POLSCE NIE JEST TO WYMAGANE tylko u nich jest taki chory przepis mówiący że samochód ciężarowy zaczyna się od 2,8t. Udałem głupka, że niby o tym nie wiedziałem więc wypisali mi jakiś zielony świstek (po niemiecku) w którym nie ma wypisanej żadnej kwoty w €, w dodatku nic im nie podpisywałem i sobie pojechali. Uznałem że zostałem pouczony w języku którego absolutnie nie znam i nie mam ochoty poznawać więc szczęśliwy, że tak sie to tylko skończyło również pojechałem. Szczęście trwało do wczoraj kiedy odebrałem telefon od mamy, która (jak to każda matka) z lamentem zadzwoniła, że co ja znowu takiego zrobiłem że Niemcy mi mandat przysłali? W tym momencie poczułem się jakbym dostał obuchem przez łeb, nogi mi się ugięły i flash z tamtego zdarzenia przeleciał mi przez głowę. Jak już pisałem, nie znam niemieckiego ale wtedy wywnioskowałem z ich wypowiedzi, że mandat w wysokości 250€ to ja zapłacę, ale przy następnej kontroli jeśli dalej nie będę miał Kontrollbucha.


Jak przyjdzie priorytet od mamy to będę wiedział na ile policzyli sobie tą kontrolę. Pewnie jest jakaś droga odwoławcza, ale to będę załatwiał jutro jak już będę wiedział jaką część mojej wypłaty pomioty hitlera chcą sobie przywłaszczyć w imię swoich pokręconych przepisów...







To jest świstek który dostałem od pana niemieckiego policyanta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz